Skip to main content

Web Content Display Web Content Display

Czasopismo IMAGINARIA

Web Content Display Web Content Display

Web Content Display Web Content Display

#0/2020

#0/2020

Podróż do Andrićgrodu* # Maciej Czerwiński

 

 

Andrićgród nie istnieje – to pewne, nie ma takiego miejsca na ziemi. Mapa, która ma kontrolować kroki, milczy uparcie. Nawet w Sarajewie, w sercu Bośni i Hercegowiny, mapy są bezlitośnie tajemnicze. Andrićgród to węzeł czyjejś wyobraźni.        

Jadę autobusem do Višegradu, małego miasteczka, z tureckiego zwanego kasabą, na granicy serbsko-bośniackiej. Niedaleko stąd znajduje się Srebrenica, w której w 1995 roku bośniaccy Serbowie pod przewodnictwem Radovana Karadžicia i dowództwem Ratko Mladicia wymordowali 8 tysięcy muzułmanów (Boszniaków). Także w Višegradzie dokonano w czasie ostatniej wojny czystek etnicznych, zwanych przez niektórych oczyszczaniem, przez innych przewietrzeniem. Z większości muzułmańskiej ludności pozostała garstka. Dziś mieszkają tu niemal wyłącznie Serbowie. Rzecz wcale w Bośni nie jest wyjątkowa. Tu żadne miejsce nie jest niewinne. W czasie wojny zabito tu ponad dwieście tysięcy ludzi wszelkich narodowości, ponad połowa populacji czteromilionowego państwa została przesiedlona.

Višegrad słynie z mostu wzniesionego tutaj na początku XVI wieku przez Mehmeda Paszę Sokolovicia, który jako dziecko prawosławne został wzięty przez janczarów w jasyr. Po przyjęciu islamu stał się wielkim wezyrem, najbardziej wpływowym człowiekiem w historii tego regionu. Może dorównywał mu tylko marszałek Tito – komunistyczny dyktator i twórca ruchu niezaangażowanych, polityki trzeciej drogi w porządku zimnowojennym. Uczynił z Jugosławii kraj niepomiernie ważniejszy niż jego realny potencjał. Nie wybudował jednak takiego mostu jak Mehmed Pasza. Na mostach walczył z Niemcami, co uwieczniła jugosłowiańska kinematografia. Most jest symbolem Bośni. To metafora symbiozy i łączenia różnych, czasem zupełnie odmiennych, światów: islamu i chrześcijaństwa, katolicyzmu i prawosławia, teraźniejszości z przeszłością. Także Tito chciał łączyć – wschód z zachodem, komunizm z kapitalizmem. Most zasłynął dzięki powieści Most na Drinie Ivo Andricia. Noblista spędził tutaj dzieciństwo.

Autobus serbski. Tu każdy autobus musi przynależeć do jakiejś narodowości. Tak jak obywatel nie jest obywatelem, tylko członkiem narodu: albo boszniackiego albo chorwackiego albo też serbskiego. Nawet dworce w Sarajewie mają charakter narodowy. Do Višegradu nie można dojechać z dworca głównego, bo jest on w centrum miasta, a centrum to federacja chorwacko-muzułmańska. Druga jednostka polityczna Bośni – Republika Serbska ma własny serbski dworzec we Wschodnim Sarajewie, zwanym też Serbskim Sarajewem. Tylko stamtąd można pojechać do Višegradu. Autobus jest serbski, ale w istocie niemiecki. Tu również pieniądze są niemieckie. W Bośni używa się wymienialnych marek, zwanych konwertybilnymi, które wprowadzono po wojnie. Gdy Niemcy przyjęli euro, Bośniacy zostali przy markach, które zawsze były znakiem dobrobytu. Teraz widać, że to złudzenie.        

– Jak się dziś żyje w Bośni? – pytam kolegę, pracownika naukowego na Uniwersytecie Sarajewskim.

– Nie wiem, odpowiada. I dodaje: – My żyjemy dobrze. Nie jesteśmy bogaczami, ale prowadzimy dostatnie życie. Niańka moich dzieci zarabia u nas 200 euro i za to musi przeżyć.

Wszyscy się przyzwyczaili. W Bośni, mówią niektórzy, nic się nie udaje. Nie uda się też kryzys. Mój znajomy zarabia więcej niż ja na Uniwersytecie Jagiellońskim. Dlaczego? – pyta. Nie wiem – odpowiadam.

Wszyscy pasażerowie mojego autobusu to Serbowie. Poza miejscowymi – młody człowiek o rysach wyrazistszych niż lokalni. Mówi łamanym angielskim, chce się dostać do południowej Serbii. Tłumaczę jego rozmowę z kierowcą. Jeden nie zna angielskiego, drugi nie zna serbskiego. Cały czas gra radio. Turbo-folk – orientalny rytm, teksty o ciele i namiętnych nocach. Reklamy – salon BMW, mydło Johnson&Johnson, wybory do władz lokalnych. Potem znowu muzyka – piosenkarz śpiewa jakby naśladował krzyk zarzynanych zwierząt. Wokół zielony krajobraz, pasące się owce, niedużo zabudowań. Zdarzają się nowoczesne pałace w stylu królów cygańskich, choć jest ich mniej niż w Polsce i są chyba jednak subtelniejsze. Pierwszy przystanek. Dziesięć minut przerwy, wszyscy wychodzą na papierosa. Kierowca w granatowej marynarce, drugi szofer w czarnej kurtce ze skóry. Co rusz się zmieniają za sterem. Wymagają tego przepisy. Autobus jedzie przecież na relacji międzynarodowej: z Republiki Serbskiej do Republiki Serbii. Wśród pasażerów jest także kobieta o zachrypłym głosie, która cały czas rozmawia przez komórkę. Reszta jakaś nijaka, ledwo wydobywająca się zza mgły wspomnień. Kobieta pali papierosa, po chwili odpala kolejnego. Pyta dokąd jadę.

– Na konferencję o Andriciu – mówię.

– O to świetnie. To nasz największy pisarz – odpowiada kompetentnie charcząc i zaciąga się namiętnie. – A skąd ten młody człowiek, któremu pan tłumaczył, wygląda na Włocha – zagaduje. 

Nie wiem odpowiadam. Po chwili także kierowca, zwracając się na ty, pyta:

– Zapytaj skąd jest ten typ. Musimy wiedzieć, z kim mamy do czynienia.

Uśmiecha się tajemniczo. Tak, musimy wiedzieć – powtarzam w zadumie. Przede wszystkim orientacja w terenie. Słowa i mapy są jak znaki przydrożne. Młody człowiek twierdzi, że jest z Nazaretu. Palestyńczyk. Pisarz. Rekwizyty? Laptop, e-book i skręcany papieros. Jedzie do południowej Serbii, gdzie szuka natchnienia do swojej drugiej powieści. Wciąż możliwy jest dialog między kulturami – mówi. Pisze książkę po arabsku, ale przełożą mu na hebrajski, a potem może na angielski.

– Islam musi być religią pokoju – powiada. – Teraz idzie na lepsze, bo gorzej być nie może.

Głównym bohaterem powieści ma być człowiek, który uratuje świat.

– Czy on się urodzi w Serbii? – pytam.

– Nie, to kraj mojej wyobraźni. Tu będę szukał inspiracji – odpowiada.

Kierowcy mówię, że tajemniczy gość pochodzi z Izraela. Nie zdradzam, że jest Arabem. Może nie spotkałaby go krzywda, ale islam nie jest wśród Serbów popularny, przecież są ostatnim bastionem obrony Europy przez zielonym zagrożeniem. Wszyscy myślą, że młody człowiek, nie pamiętam imienia, jest Żydem. Żydzi o dziwo nie noszą tutaj stygmatu. 

Do Višegradu wjeżdża się wzdłuż kanionu Driny. Zieleń już okrzepła, ale jeszcze się nie przełamała. Czeka na sygnał i lada dzień zacznie powoli żółknąć. Nad brzegami zwisają zwały roślinnej gęstwiny. Ociężale leżą na tafli wody. Słońce świeci słabiej, ale jaśniej niż w upalne letnie dni. Drina jest monumentalna. Sprawia wrażenie jakby była w bezruchu. W rzeczy samej, stoi w miejscu. Inaczej jest u Andricia, który swoją powieść zaczyna następującymi słowami „Rzeka Drina na znacznej przestrzeni swego biegu przedziera się przez ciasne wąwozy pośród stromych gór lub głębokimi jarami wrzyna się w prostopadłe brzegi. Zaledwie w kilku miejscach rozwiewają się one w doliny tworzące po jednej lub po obu stronach skąpane w słońcu bądź równe, bądź faliste, dogodne pod uprawę i na osiedla obszary”. I dalej: „Przełom Driny jest tu niezmiernie gwałtowny, a skały na obu brzegach tak spiętrzone i urwiste, że zda się jest to lity masyw, z którego wnętrza wytryska rzeka, jakby prosto z szarej ściany”. Po takim opisie oczekujemy rwącej rzeki. A ona stoi. Stoi nawet bardziej niż most, który stać musi. Rzeka jest nieruchoma i lodowata w swojej absolutnej postaci.

Książka Andricia to głęboka filozoficzna refleksja nad ludzkim cierpieniem, piękna w swoim bólu jak Drina. Została zaraz po publikacji w 1945 roku uznana za manifest ideologii jugosłowiańskiej w wariancie serbskim. Spłycono ją do poziomu antyislamskiego pamfletu. Serbów miała predestynować do walki o wyzwolenie tych ziem, a w rezultacie – o ich serbskość. Andrić należał do organizacji „Młoda Bośnia”, przez jednych zwanej terrorystyczną, przez innych – patriotyczną. Należał do niej też Gavrilo Princip, który 28 czerwca 1914 roku, w święto narodowe Serbów, oddał w Sarajewie śmiertelne strzały do cesarskiego następcy tronu. Nie wiedział, że zamyka w ten sposób pewien rozdział w dziejach Europy. Tego samego dnia, jeszcze o świcie, dwudziestodwuletni Andrić – studiujący wówczas na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie – spakował swoją walizkę i wsiadł do pociągu. Pojechał do ojczyzny. Opuszczał Kraków, poza Višegradem – jego ukochane miasto. Wojna uniemożliwiła mu doktorat na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jako członek „Młodej Bośni” został natychmiast aresztowany, a do celi zabrał z sobą książki Sorena Kirkegaarda i Juliusza Słowackiego. Celem młodobośniaków było wyzwolenie Bośni spod władzy austrowęgierskiej, ale nie po to, by Bośnia stała się niepodłegłym państwem, lecz po to, by stała się częścią Serbii. Andricia powieść jest więc „patriotyczna”, także dla komunistów (jakże zaborczo i przebiegle jugosłowiański komunizm wchłaniał i przetwarzał nacjonalizmy). Czytanie tej powieści w kluczu patriotycznym (dla innych – nacjonalistycznym) jest jednak nie do końca usprawiedliwione. Niestety, to praktyka zupełnie powszechna, nie tylko wśród Serbów. Radykalni muzułmańscy nacjonaliści widzą w pisarzu przedstawiciela antyislamskiego europocentryzmu, ubranego w strój wojowniczej ideologii wielkoserbskiej, który narzucił Bośni figurę Orientu, aby usprawiedliwić jej kolonizację. Pisarz zaś ma być kontynuatorem mitu kosowskiego – przysięgi, którą naród serbski miał zawrzeć z Bogiem tuż przed bitwą na Kosowym Polu w 1389 roku. Chorwaccy nacjonaliści widzą w pisarzu Wielkoserba. Wyrzekł się swojej chorwackiej narodowości (którą deklarował jeszcze w 1913 roku na studiach w Krakowie), i wybrał tożsamość serbską. Biorąc pod uwagę konflikt trzech etnosów, zaskakuje jak zgodnie oceniają pisarza.

Autobus oficjalnie nie może zatrzymać się w Višegradzie. Muszę kupić bilet do Mokrej Góry, tuż za granicą. Kierowca tłumaczy, że nie ma koncesji i nie może zatrzymać się w Republice Serbskiej. Stanie jednak przy moście na dziko, zrobi to dla mnie. Jakby się przypadkiem pojawiła kontrola, mam powiedzieć, że jadę do Mokrej Góry w Serbii. Kontroli nie ma. Autobus zatrzymuje się nagle. Most widzę przez okno. Wciąż stoi, jak Drina, która pod nim zwolna przepływa. Przed ostatnią wojną żyło tu 70 proc. muzułmanów (Boszniaków), teraz niecałe 5 proc. Wprawdzie sterczą białe jak śnieg minarety, ale nie działają. Kasaba jest mała, zaledwie kilkadziesiąt domów, na zboczu jednej z gór błyszczą dachy nowych apartamentowców. Starej zabudowy jest mało. Z czasów Andricia zostało tutaj ledwie kilka budynków. Spokoju prawosławnych strzeże pomnik upamiętniający obrońców z ostatniej wojny. Krzyżowiec patrzy chłodnym i groźnym okiem. Trzyma miecz i krzyż na piersi. Ostrzega. W razie czego może dobyć.

Przed piekarnią sprzedającą lokalne potrawy – burki, tuż obok monumentalnego krzyżowca, siedzą przez cały dzień dwa kociaki, wygłodzone i wychudzone. Jeden nie rusza się z głodu, wydobywa z siebie ledwo słyszalne jęki. Kogoś denerwuje, że stoi na przejściu. Osobnik odpycha go gwałtownie nogą. Kotek toczy się do małego ogródka. Przejście musi być jak należy – czyste i schludne. Teraz nikt już nikomu nie przeszkadza.

Pięć minut piechotą od centrum, na wyciągnięcie ręki, wielki plac budowy. Emir Kusturica wcielił się w rolę artysty renesansowego. Tu renesans musi wyglądać jak Padwie – mówi. Buduje Andrićgród, jedyne nowe, a w istocie stare miasto na świecie poświęcone nobliście. Ma być bardziej renesansowe i nawet starsze niż inne miasta renesansowe. Powstaje w jednym miejscu unikalna synteza Bizancjum, Orientu, folkloru i pseudorenesansu. To, że Serbowie nie mieli renesansu to nie ich wina, powiada reżyser. To wina tych, którzy to terytorium zajęli – Turków Osmańskich, kolonizatorów. Zdaniem Kusturicy Andrić to wiedział, a jego książki są na to doskonałym dowodem. Buduje Andrićgród, aby pokazać starszy i ładniejszy Višegrad, aby dowieść jego serbskiego charakteru, aby storpedować Bośnię jako państwo. Kusturica sam wywodzi się rodziny muzułmańskiej z Sarajewa. Jakiś czas temu przyjął jednak prawosławie i ochrzcił się jako Nemanja.

– To fakt – powiada – byliśmy muzułmanami przez 250 lat, ale wcześniej byliśmy prawosławni i zawsze w głębi duszy zostaliśmy Serbami. Nowa wiara tego nie może zmienić. Staliśmy się muzułmanami tylko po to, aby przeżyć turecką niewolę.

Jego patronem jest historyczny władca serbski, założyciel dynastii Nemanjiciów, która zapisała się w historii Serbów złotymi zgłoskami. Tamten budował w XIII wieku fundacje, monastery, ten buduje miasto Andricia i etno-wieś w Serbii. Z godnością typową dla wszystkich prawdziwych Serbów Emir Nemanja przejmuje sztafetę od swoich przodków. Do grona panteonu serbskich bohaterów, oprócz księcia Lazara (który – tego samego dnia, co Princip strzelał, ale ponad pięćset lat wcześniej – odbył rozmowę z samym Bogiem), oprócz Królewicza Marka (dzielnego junaka walczącego z Turkami), oprócz polityków takich jak Slobodan Milošević czy Radovan Karadžić, dołącza wielki twórca renesansu serbskiego i wizjoner XXI wieku. U Miloševicia, zanim ten trafił do Hagi, bywał często. O Karadžiciu, który obecnie w Hadze stawia opór kłamstwom zachodu, śpiewa pochwalne piosenki. Andrić, podobnie jak on – Emir Nemanja – nie był Serbem, lecz do Serbów się zapisał.

Opowieść Andricia o moście i mieszkańcach kasaby zaczyna się w XVI wieku, kończy wraz z pierwszymi konsekwencjami strzałów Principa. Most jest bolesną, choć piękną utopią. Jest jak Bóg patrzący chłodno na cierpienia swoich dzieci. Most to tutejszy Hiob, a człowiek na moście nie przypomina Serba czy Boszniaka, lecz raczej osobnika z obrazów Edwarda Muncha. Andrić wychowywał się w Višegradzie pod koniec XIX wieku. Wiele postaci z tego okresu istniało naprawdę, ale dziś już po nich nie ma śladu. Żydów przewiało w czasie drugiej wojny światowej. Na kirkucie – daleko od miasta, na wzgórzu w jednym z przysiółków – jest grób Lotiki, Żydówki aszkenzyjskiej urodzonej w Krakowie, która wraz z urzędnikami czarno-żółtej monarchii przybyła w to miejsce. Była zamożną właścicielką hotelu, łożącą na wykształcenie swoich krewnych w Tarnowie. Skończyła tragicznie, jak wszyscy bohaterowie powieści. Jej grób leży obok nagrobków Żydów sefardyjskich, którzy w Bośni znaleźli się kilka wieków wcześniej. Jeden z przedstawicieli tej grupy, biedniejszej i mniej zaradnej niż Żydzi z Polski, liczy po hiszpańsku – w języku ladino, Lotika – w jidysz, ale uczy się języka lokalnego, którego nigdy w pełni nie pozna. Na jej grobie jest data śmierci. Rok 1936. Nie dożyła Zagłady. W katastrach miejskich Żydzi wciąż figurują jako właściciele wielu nieruchomości. Dziś mało kogo to obchodzi. Żadna z ulic nie upamiętnia ich wielowiekowej obecności. W byłej synagodze, jednej z najstarszych na Bałkanach, znajduje się jakaś publiczna instytucja. I żydzi i muzułmanie stają tutaj, za sprawą bezwzględnej gry losu, po jednej stronie – po stronie ofiar. 

Tymczasem w Andrićgrodzie huczne imprezy z okazji wyborów lokalnych. Emir Nemanja popiera polityka o poglądach skrajnie nacjonalistycznych. Dwieście metrów dalej odbywa się konferencja międzynarodowa. Ma się zacząć w godzinach porannych. Spóźniam się. Autobus co chwila staje na papierosa. Przy otwarciu sympozjum skandal. Okazuje się, że część uczestników zamieszkała w hotelu, w którym w czasie ostatniej wojny zgwałcono kilkaset muzułmańskich kobiet i katowano mężczyzn. Organizatorka, profesor jednego z uniwersytetów zachodnich, chce oddać cześć ofiarom i złożyć kwiaty. Burmistrz Višegradu zakazuje i grozi zamknięciem konferencji. Ktoś proponował, aby upamiętniła też ofiary po serbskiej stronie z okresu II wojny światowej i nie zaogniała konfliktu. Gdzieś w pobliżu muzułmanie wymordowali niewinne kobiety i dzieci. Ona się nie godzi. Nie chce, aby jedną zbrodnią usprawiedliwiać drugą. Ale zbrodnia jest uniwersalna, ktoś mówi, nie ma narodowości ani czasu. Trzeba upamiętnić wszystkich. Kobieta wyjeżdża. Kolejne dwa dni – obrady. Zdaniem większości nic się nie stało. Ot, zwykły skandal, jakich u nas zawsze sporo. Czy ktoś się zastanawia? Wyjechać, zareagować. Konferencja była udana. Wieczorem koncert wyborczy Emira Nemanji i jego zespołu Non Smoking Orchestra. Propaguje partię, której slogan brzmi: „Serbski dom przy serbskim domu”. Ostatni akord na scenie to hymn rosyjski i ikonografia prawosławna, szczera i prawdziwa jak u każdego neofity. Owacje tłumu. W Andrićgrodzie niedługo będzie reżyser kręcił film Most na Drinie, który pokaże prawdę o Serbach. Andrić za życia nie wyraził zgody ekranizację, nawet przez Hollywood. Teraz milczy, bo nikt go nie pyta o zdanie. A teraz mistrz renesansu planuje sprowadzić jego zwłoki do Andrićgrodu.

Andrićgród to węzeł czyjejś wyobraźni.

*Tekst został opublikowany w czasopiśmie ODRA (7/8, 2013)

Wojwodina nad Dunajem* # Tomasz Kwoka

 

 

We wrześniu ubiegłego roku w ramach przygotowań do Europejskiej Stolicy Kultury 2021 po raz pierwszy odbył się w Nowym Sadzie Synergy #wtf – przegląd teatrów profesjonalnych, których aktorzy są członkami mniejszości narodowych i swój repertuar wykonują w jednym z języków objętych ochroną Europejskiej Karty Języków Regionalnych lub Mniejszościowych. Gospodarzem festiwalu był węgierskojęzyczny Teatr Nowosadzki, a pomysłodawcą wydarzenia jego dyrektor Valentin Vencel. Przy okazji festiwalu zorganizowano sympozjum naukowe „Rola i znaczenie języka w procesie samoidentyfikacji”, w czasie którego reżyserzy, aktorzy i dyrektorzy teatrów działających w środowiskach wielokulturowych zastanawiali się nad miejscem mniejszości w warunkach stwarzanych przez większość, nad sposobem, w jaki państwa traktują różnorodność kulturową, a także nad tym, czy teatr może stanowić formę komunikacji między kulturami? Uczestnikami sympozjum i gośćmi festiwalu były teatry z Rumunii, Słowenii, Macedonii, Węgier, Kazachstanu, Włoch i Ukrainy.

Założony w 1974 r. Teatr Nowosadzki, a właściwie Újvidéki Színház czy Novosadsko pozorište, to świetny przykład pozytywnego wpływu tradycji różnych kultur na powstanie instytucji wybitnej, która równocześnie pełni rolę reprezentanta jednej z wojwodińskiej mniejszości narodowej. Zaliczany do grona najlepszych teatrów w Serbii Újvidéki Színház odważnie wychodzi poza etniczne getto węgierskości, a w granych po węgiersku (z serbskim przekładem symultanicznym) przedstawieniach zajmuje się sprawami uniwersalnymi. Jako instytucja kultury mniejszości węgierskiej spełnia on swe kulturalno-edukacyjne zadania w rozwoju i afirmacji kultury Węgrów, ale zasięg jego oddziaływania jest ponadregionalny.

Sama idea teatru stanowiącego pomost między kulturą mniejszości a kulturami narodów większościowych dawnej Jugosławii pojawiła się w latach 60. XX w. Inspiracją był awangardowy belgradzki teatr Atelje 212. Nowa instytucja miała służyć poszukiwaniom teatru nowoczesnego, zupełnie innego niż tradycyjny węgierski Teatr Narodowy z Suboticy czy Serbski Teatr Narodowy z Nowego Sadu. Scena miała mieć charakter kameralny, a jednocześnie eksperymentalny. W repertuarze znalazła się zarówno współczesna literatura węgierska, ale także serbska, jugosłowiańska i światowa.

Rzut oka na aktualny afisz uzmysławia specyfikę działalności tego teatru, w którym spektakle przygotowują zarówno reżyserzy miejscowi, wojwodińscy, jak i spoza Wojwodiny czy Serbii. Wystawiane dzieła poruszają aktualne tematy, lecz także bolesne okresy historii Wojwodiny, Serbii i Węgier, skomplikowane kwestie tożsamości i traum regionu. Przykładem jest nagradzana Neoplanta w reżyserii wybitnego Andrása Urbana, na podstawie powieści pt. Neoplanta, czyli ziemia obiecana węgierskiego pisarza z Wojwodiny Laszló Végela, będącej kroniką XX-wiecznej historii Nowego Sadu. Fama o bicyklistach powstała na podstawie postmodernistycznej powieści serbskiego pisarza Svetislava Basary, a Czarny to opowieść o słynnym serbskim wodzu Czarnym Jerzym, który przeniesiony do współczesności walczy z turkokapitalistami.

Pierwszą premierą sezonu 2017/2018, otwierającą także festiwal Synergy #wtf był spektakl Grobowiec dla Borysa Dawidowicza – wyreżyserowany przez Macedończyka Aleksandra Popovskiego na podstawie książki Danila Kiša pod tym samym tytułem.

A jak wyglądały dzieje Wojwodiny, które każdą dziedzinę kultury naznaczyły wielonarodowością i wielojęzycznością. Wystarczy spojrzeć na współczesną scenę teatralną w Wojwodinie, żeby zobaczyć, iż spośród osiemnastu działających tam teatrów profesjonalnych aż połowa wystawia sztuki w językach mniejszości: po węgiersku, słowacku, rusińsku, rumuńsku i romsku.

Wojwodina wielonarodowy charakter uzyskała w czasie dość krótkiej, zaledwie trzystuletniej historii migracji, kolonizacji, osiedlania i wysiedlania. Wyparcie Turków z Panonii zapoczątkowało masowe wędrówki, które z południa przygnały Serbów, Cincarów, Greków i Ormian, ze wschodu Rumunów, z zachodu chorwackich Buniewców i Szokców, a z północy całą mozaikę narodów z zachodniej i centralnej Europy rządzonej przez Habsburgów.

Po bohaterskiej odsieczy wiedeńskiej i wojnie austriacko-tureckiej (1683–1699), koniec XVII wieku oznaczał wyrzucenie Turków z Wielkiej Niziny Węgierskiej (w tym z Wojwodiny) potwierdzone pokojami karłowickim (1699) i pożarewackim (1718), które zapewniły Austrii ponaddwustuletnią władzę nad tym terenem. Dało to początek nowożytnej historii regionu i umożliwiło wielu narodom zamieszkanie w nim.

W latach 1690 i 1739 r. na wyludnione i spustoszone wojną ziemie Niziny Panońskiej masowo napłynęli Serbowie z terenów Starej Serbii i Kosowa. Po wielu wcześniejszych niezorganizowanych migracjach było to apogeum osiedlania się Serbów na ziemiach dzisiejszych Węgier i Wojwodiny. Z tego samego kierunku w ciągu XVIII w. przybyli także romańscy Cincarzy (znani także jako Arumuni) i kulturowo bliscy im wówczas Grecy, Ormianie oraz Kelmendi, czyli albańscy katolicy, którzy wkrótce ulegli asymilacji i kroatyzacji. Wcześniej z zachodu przywędrowali Szokcy i Buniewcy – chorwackie grupy etniczne (Buniewcy z Baczki dziś uznawani są w Serbii za odrębny naród). W poszukiwaniu lepszych warunków życia z gór na wschodzie schodzili Rumuni, a także katoliccy Bułgarzy – Palćeni, do dziś pielęgnujący swoją odrębność kulturową, katolicką wiarę i łacińskie pismo. Najważniejsza i najbardziej etnicznie zróżnicowana fala osadnictwa napłynęła jednak z północy. Była to akcja sterowana przez dwór wiedeński. Wówczas do Wojwodiny przybyli Niemcy, Francuzi, Włosi, Katalończycy, Czesi, Słowacy, Rusini, Węgrzy, Żydzi, Romowie... Chociaż w XIX i na początku XX w. kolonizacja nieco osłabła, kolejni osadnicy, w tym Ukraińcy, Słoweńcy, a nawet Polacy z Wisły, ciągle przybywali na żyzne ziemie nad Dunajem, Sawą i Cisą. Kolejne, związane z wojnami światowymi, fale migracyjne następowały już w XX w. Efektem tych ruchów jest współczesny miszmasz narodowościowy dwumilionowej Wojwodiny, w której współżyje ze sobą ponad dwadzieścia tradycyjnych narodowości.

Akcje kolonizacyjne prowadzone przez Habsburgów w XVIII w. zgodnie z zasadami merkantylizmu nastawione były – oprócz wzmocnienia strefy obronnej przez Turkami – przede wszystkim na zwiększenie wpływów fiskalnych i rozwój gospodarczy wyludnionych terenów Panonii. Miało to nastąpić poprzez zagospodarowanie wielkich obszarów ziemi uprawnej, zwiększenie gęstości zaludnienia oraz rozwój rolnictwa i handlu.

Chociaż pierwsi osadnicy pojawiali się już na przełomie XVII i XVIII w., to oficjalnie kolonizacje rozpoczęły się w latach 20. XVIII w. W pierwszej fazie, tzw. karolińskiej, w latach 1722–1726 uczestniczyło kilkanaście tysięcy Niemców. Początki były trudne, a sama akcja przebiegała nie bez przeszkód, część przybyszów okazała się bezdomnymi, którzy szukali łatwego zarobku, ale nie potrafili uprawiać ziemi. Z czasem jednak system się udoskonalił, kolonizację poprzedzały dokładne pomiary kartograficzne na miejscu i efektywniejszy system selekcji w Niemczech. Dzięki temu nowymi osadnikami byli ludzie doświadczeni w uprawie winorośli, owoców i warzyw. Umiejętności wojwodińskich Niemców oraz chęć doskonalenia się stały się przykładem i wzorem dla innych grup etnicznych. W drugiej fazie, tzw. terezjańskiej, sprowadzono około stu tysięcy osób, a w trzeciej, tzw. józefińskiej – około czterdziestu pięciu tysięcy. Po wydaniu patentu tolerancyjnego w 1781 r. zgodę na osiedlanie otrzymali także protestanci.

W historii Wojwodiny szczególnie mocno zapisało się kilka wydarzeń: Wielka Wędrówka Serbów w 1690 r., pokój w Karłowicach w 1699 r. i w Pożarewacu 1718, Wiosna Ludów (1848–49) i powstanie autonomicznej Wojwodiny Serbskiej i Banatu Temeszwarskiego (1849–1860), obie wojny światowe w XX wieku i następujące po nich kolonizacje, pogrom w Nowym Sadzie w 1942 r, nowa jugosłowiańska konstytucja i prawa autonomiczne w 1974 oraz zniesienie tejże autonomii w 1989 r.

Niemniej ważny jest także rok 1739, kiedy wraz z wycofującymi się z Serbii centralnej Austriakami Belgrad musieli opuścić i osiedlić się Wojwodinie Niemcy, Serbowie, Cincarzy, Grecy, Ormianie i Żydzi, głównie kupcy i rzemieślnicy. Dołączali oni do tworzących się wielonarodowych elit miejskich, dzięki którym rozwijały się handel i rzemiosło. Niektóre miasta uzyskiwały (a raczej kupowały) status wolnego królewskiego miasta. W przypadku założonego w 1692 r. Nowego Sadu wpływ – jak ich nazywano – Beligradców spowodował nadanie tego statusu już w 1748 r. (1 lutego tego roku Maria Teresa nadała mu nazwę Neoplanta, Neusatz, Újvidék).

Najliczniejsi w regionie byli, oczywiście, Serbowie, którzy mieszkali tu już od wczesnego średniowiecza średniowiecza, a od XIV-XV w. przybywali kolejni. Kulminacja migracji serbskiej przypadła z kolei na przełom XVII i XVIII wieku. Wtedy w Sremie, Baczce i Banacie osiadło ponad kilkaset tysięcy Serbów. Od początku stanowili oni najliczniejszą grupę narodową regionu, ale dopiero po II wojnie światowej zyskali ponad 50% przewagę, obecnie stanowią zaś blisko 2/3 ludności. W XVIII i XIX wieku Wojwodina stała się centrum duchowym, kulturalnym i politycznym Serbów. Pod wpływem zachodnioeuropejskich prądów artystycznych zaczęło kształtować się serbskie mieszczaństwo, które tworzyło nowoczesną kulturę, reformowało język literacki i zmieniało tradycyjny sposób życia. Aby chronić tożsamość narodową i religię, z miasta Peć w Kosowie przeniesiono do Sremskich Karłowic siedzibę metropolii, w 1848 r. podniesioną do rangi patriarchatu.

Kilkanaście lat później, z Pesztu do Nowego Sadu trafiła najstarsza, założona jeszcze w 1826 r., serbska instytucja kulturalno-naukowa, Macierz Serbska. To również tutaj pod koniec XVIII w. istniało gimnazjum, a od 1861 r. pierwszy profesjonalny teatr serbski, działali młodzi politycy, pisarze i poeci. Nowy Sad pełnił funkcję centrum kultury i polityki serbskiej II połowy XIX wieku, dzięki czemu zyskał miano Serbskich Aten.

Drugą, choć w planach Habsburgów pierwszą, najważniejszą i faworyzowaną, grupą osadników byli Niemcy, których kilkaset tysięcy w ciągu XVIII i XIX w. przesiedliło się do Europy Środkowej i Południowo-Wschodniej. Przyczyną ich pojawienia się w Wojwodinie był przede wszystkim niedostatek gruntów rolnych, bieda, niskie ceny zbóż oraz ciągłe wojny. Chcąc zwabić ich na te tereny, dwór wiedeński (oraz prywatni właściciele gruntów) zapewnił im liczne przywileje, np. zwolnienie z podatków, pomoc w podróży, wsparcie przy budowie domu i przy zakupie ziemi. Kolonizacji towarzyszyły wielkie inwestycje infrastrukturalne, ułatwiające życie i sprzyjające rozwojowi ekonomicznemu: powstawały wsie o charakterystycznym geometrycznym układzie ulic, meliorowano i osuszano tereny podmokłe, regulowano rzeki, budowano kanały, drogi i mosty. Sieć kanałów i rzek oraz systemy melioracyjne zapewniły sukces rolnictwu, gwarantując Wojwodinie status spichlerza całej monarchii.

Koloniści, głównie z południowo-zachodnich części Niemiec, w podróż do Wojwodiny wyruszali statkiem z portu w Ulm (rzadziej z Ratyzbony) i przez Wiedeń (tu otrzymywali zwrot kosztów) docierali do portów naddunajskich, skąd pieszo szli do swoich osad. Podróże odbywały się wiosną, aby jeszcze przed zimą zdążyć wybudować dom oraz zadbać o zapasy żywności. Wsie podzielone były w równe podłużne działki, na których w jednym szeregu wznoszono domy, a za nimi pomieszczenia gospodarcze, ogrody i sady. Kwartały rozdzielone były szerokimi ulicami z rzędem drzew i rowem odwadniającym. W centrum każdej wsi wokół głównego placu stały szkoła, karczma, siedziba gminy oraz, w zależności od liczby wyznań, jedna lub więcej świątyń (oczywiście w stylu barokowo-neoklasycystycznym). Taki układ zachował się do dziś.

Na nowe ziemie Niemcy przynosili wiedzę i doświadczenie w zakresie rolnictwa i nowoczesnych metod uprawy ziemi, winorośli i tytoniu, a także technik rzemieślniczych. Razem z nimi pojawił się też kult pracy i kultura mieszkania. Mimo że dostosowywali się do wielokulturowego otoczenia, to w znacznym stopniu sami wywierali wpływ na rozwój ekonomiczny i modernizację tradycyjnych form gospodarczych, stosowanych przez inne narody. Ich sposób życia, metody budowania, kuchnia i zwyczaje zaczęły współtworzyć panoramę Wojwodiny, a niemieckie słowa przeniknęły do języków regionu. Dzięki wsparciu finansowemu Niemcy szybko stawali się elitą w swoich wsiach i miasteczkach.

Ponieważ jednak pochodzili z różnych regionów, długo nie czuli jedności narodowej i łatwo ulegali madziaryzacji, która wzmogła się pod koniec XIX wieku. Dopiero na początku XX wieku zaczęli budować poczucie wspólnoty jako Naddunajscy Szwabi (Donauschwaben, Podunavske Švabe). Od lat 20. skupiali się wokół Kulturbundu, organizacji kulturalnej, która w końcu lat 30. stała się polityczną ekspozyturą ideologii nazistowskiej. Konsekwencją prohitlerowskiej postawy większości z nich podczas II wojny światowej była fala represji stosowanych przez nowe jugosłowiańskie władze. Części spośród ponad trzystu tysięcy Niemców wojwodińskich udało się uciec przed partyzantami, natomiast pozostałych pociągnięto do odpowiedzialności zbiorowej, pozbawiono praw obywatelskich i skierowano do obozów pracy lub do obozów koncentracyjnych, a potem zmuszono do emigracji. Ich majątki zajęli nowi kolonizatorzy.

W XVIII w. Habsburgowie podejmowali kolejne próby osiedlania w Wojwodinie przedstawicieli innych narodów z Europy Zachodniej, którzy mieliby specjalizować się w uprawie winorośli, owoców, warzyw lub tytoniu. Wysiłki te okazały się jednak nieudane, a nowo przybyli Włosi, Francuzi i Hiszpanie (Katalończycy) ulegali asymilacji, umierali – klimat w Banacie był ciężki i bagnisty – albo wracali do swych ojczyzn. Rzadkie ślady ich obecności widoczne są na przykład w historycznych toponimach: Seultour, Charleville i Saint Hubert – czyli w nazwach osad, wchodzących obecnie w skład wsi Banatsko Veliko Selo. Innym przykładem jest Mała Barcelona, część dzisiejszego Zrenjanina, w której planowano osiedlić Katalończyków. W ostatniej chwili osadnicy zdecydowali się jednak na powrót do Wiednia, a w wybudowanych domach zamieszkali zaaklimatyzowani już Niemcy. Nieco więcej szczęścia mieli przybysze z Czech, których niewielka społeczność do dzisiaj mieszka w kilku wsiach południowego Banatu.

O Węgrach, najliczniejszej dziś mniejszości w Serbii, wiadomo, że na Nizinie Panońskiej pojawili się już w końcu IX wieku, a tereny Wojwodiny zamieszkiwali aż do klęski pod Mohaczem w 1526 r. (większość z nich przeniosła się wówczas na północ). Ich masowa rekolonizacja, głównie w północnej części Baczki, rozpoczęła się w połowie XVIII wieku. Dzisiaj zasiedlają tereny całej Wojwodiny, ale właśnie w północnych gminach (Subotica, Senta, Kanjiža, Čoka, Bečej, Bačka Topola i Ada) stanowią większość, dochodzącą do 85% w Kanjižy lub 80% w Sencie. Język węgierski jest tu językiem codziennej komunikacji, obecnym w urzędach, sklepach, szkołach, teatrach.

Już od późnego średniowiecza na Węgry za chlebem wyruszali Słowacy i Rusini z tzw. Górnych Węgier. W XVIII w. habsburskie plany kolonizacyjne uregulowały ten przepływ ludzi i nadały mu zorganizowany charakter. Dzięki temu w połowie XVIII wieku w Wojwodinie niemal równocześnie grupy Słowaków i Rusinów. Tych pierwszych – katolików, ewangelików i kalwinów – osiedlano od 1745 r. w Bačkim Petrovacu, a następnie w innych miastach i wsiach Baczki, Sremu i Banatu (na przykład Kovačica w Banacie jest dziś najbardziej znanym ośrodkiem sztuki naiwnej, nie tylko słowackiej). W tym samym czasie z północno-wschodniej Słowacji do Ruskiego Krstura i Kucury, a stąd dalej na Nizinę Panońską, przybywali karpaccy Rusini.

Po niektórych grupach etnicznych czy wyznaniowych, które pojawiły się w Wojwodinie w XVIII wieku, zachowały się nieliczne zabytki lub tylko wspomnienia. Jedną z nich byli Żydzi, głównie Aszkenazyjczycy pochodzący z Polski, Moraw i Węgier. Mimo że pełnię praw obywatelskich uzyskali dopiero w II połowie XIX w., już wcześniej osiedlali się w miastach wojwodińskich. O ich przerwanej holocaustem obecności świadczą przede wszystkim synagogi w Nowym Sadzie i Suboticy, secesyjne perełki architektury.

Od końca XVII w. w Wojwodinie osiedlali się Cincarzy i Grecy (zawsze razem) oraz Ormianie, znani jako „tureccy kupcy”, pośrednicy handlowi i kulturalni między chrześcijańską Europą a Turcją. Cincarzy to określenie miejskich Wołochów (Arumunów), wpływowych, majętnych i łatwo ulegających asymilacji. W Wojwodinie pojawili się najpierw pod koniec XVII w., potem uciekając z Belgradu w 1739 r., a wreszcie po 1769 r. po opuszczeniu spalonego Moskopole, słynnego ośrodka ich kultury i handlu. Wszędzie tworzyli elitę mieszczańską, trudnili się handlem ze Wschodem, dbali także o oświatę, kulturę i szerzenie idei oświeceniowych. Wielu twórców kultury serbskiej w XIX i XX wieku, filantropów i fundatorów, było cincarskiego pochodzenia.

W XIX-wiecznej Wojwodinie kwitło życie kulturalne, wydawano gazety i książki, prowadzono szkoły serbskie, niemieckie, węgierskie i żydowskie... Pojawiały się kolejne grupy etniczne, wśród nich Ukraińcy i Polacy. Sielankowy obraz współżycia narodów burzyły władze węgierskie, które po zawarciu ugody z Austrią w 1867 r. zaczęły prowadzić agresywną politykę madziaryzacyjną, której ulegali zwłaszcza Niemcy i Żydzi.

Taka sytuacja utrzymała się do I wojny światowej. Po powstaniu nowego państwa Słowian południowych, do którego na wielkim zgromadzeniu w Nowym Sadzie w końcu listopada 1918 r. zgłosili akces Słowianie habsburscy, zmianie uległa pozycja największych grup etnicznych Wojwodiny. Serbowie stali się narodem większościowym i uprzywilejowanym, natomiast dominujący dotychczas Węgrzy i Niemcy znaleźli się w mniejszości. Nowe władze serbskie, aby wzmocnić żywioł słowiański w tym regionie i doprowadzić do homogenizacji narodowej, rozpoczęły akcje przesiedleńcze z południa kraju. Po okresie madziaryzacji nastąpiła slawizacja. Warto wspomnieć także o wpływie, jaki na kulturę i naukę Serbii wywarli przedstawiciele rosyjskiej białej emigracji, którzy przybyli do Wojwodiny w latach 20. W Sremskich Karłowicach zorganizowano Rosyjski Sztab Główny oraz Synod Ruskiej Cerkwi za Granicą, a w Nowym Sadzie istniała rosyjska drukarnia.

Tragiczny w skutkach okres II wojny światowej to węgierska okupacja Baczki, rasistowska polityka tzw. Niezależnego Państwa Chorwackiego w Sremie i niemieckie rządy w Banacie. Prześladowania ludności cywilnej, przede wszystkim Serbów i Żydów, kulminowały wielkim pogromem w Nowym Sadzie w styczniu 1942 r., kiedy zamordowano i pod zamarznięty Dunaj wrzucono ponad tysiąc niewinnych ofiar. W wyniku eksterminacji niemal całkowicie zniknęła społeczność żydowska, a kilkadziesiąt tysięcy Serbów i członków innych narodów poniosło śmierć.

Przed oddziałami jugosłowiańskich partyzantów, które wspomagała Armia Czerwona, w drugiej połowie 1944 r. z Banatu i Baczki uciekło około czterdzieści tysięcy Węgrów oraz ponad połowa spośród około trzystu czterdziestu tysięcy Szwabów. Wobec pozostałych Niemców zastosowano odpowiedzialność zbiorową, poddano ich represjom i samosądom, rozstrzeliwano, wywożono do obozów pracy w ZSRR, a przede wszystkim wysyłano do obozów koncentracyjnych i obozów pracy. W Wojwodinie po raz kolejny dokonała się wymiana ludności. W latach 1944–1948 w majątkach wypędzonych Niemców osiedlono około dwustu pięćdziesięciu tysięcy przybyszów z Serbii centralnej, Czarnogóry, Bośni i Hercegowiny, Macedonii, Chorwacji i Słowenii. Znowu uległa zmianie struktura etniczna regionu. Jeszcze jeden rozdział dopisała historia najnowsza. Wskutek działań wojennych w latach 90. na terenie Wojwodiny osiedliło się kilkadziesiąt tysięcy serbskich uchodźców z Bośni i Hercegowiny, Chorwacji i Kosowa oraz członków mniejszych grup (np. Gorańcy, Aszkalije, Egipcjanie i in.).

Za czasów Tity Jugosławia, szukając drogi rozwoju po konflikcie z Kominternem, próbowała własnej samorządnej wersji socjalizmu. Dzięki podziałowi na republiki i okręgi autonomiczne (Kosowo i Metochia, Wojwodina) regiony zyskały szerokie prawa, w tym w zakresie kultury, edukacji i mediów mniejszościowych. Wojwodina wypracowała najwyższe standardy w ochronie swoich narodów. Od lat 70. w ramach zagwarantowanej konstytucją szerokiej autonomii nastąpił rozwój działalności mniejszości – wydawano prasę i literaturę, prowadzono edukację na wszystkich poziomach (w tym na nowo otwartych filologiach mniejszościowych), a w państwowym radiu i telewizji emitowano programy w poszczególnych językach. Do dzisiaj przy wjazdach do miast, na urzędach i kierunkowskazach figurują napisy w kilku językach, w telewizji i radiu Wojwodina słychać języki mniejszości. Ta niezwykle tolerancyjna polityka władz została nieco zaburzona w latach dziewięćdziesiątych. Na szczęście po roku 2000 – dzięki zmianie polityki władz centralnych i lokalnych, dzięki działalności instytucji kulturalnych, organizacji pozarządowych i wsparciu zagranicznemu powrócono do tradycji społeczeństwa wielokulturowego (kwestia wielokulturowości stanowiła istotną część aplikacji Nowego Sadu do Europejskiej Stolicy Kultury 2021). Szczególnie tutaj, na granicy Bałkanów i Europy Środkowej, w równinnym spichlerzu poprzecinanym siatką rzek i kanałów pamiętających jeszcze czasy Marii Teresy taka postawa jest koniecznością i wartością.

To właśnie w takiej scenografii, pośród pól kukurydzy, słoneczników i zbóż, przeciwko wiatrakowi z okolic Bačkiej Topoli występują bohaterowie najnowszego spektaklu Teatru Nowosadzkiego pt. Don Kichot – Second Hand, którego akcja nie rozgrywa się wprawdzie w Hiszpanii, lecz w miastach i miasteczkach północnej Wojwodiny, gdzie, szukając prawdy i wolności, realizują swoje marzenia nowi Don Kichocie i Sancho Pansy.

Literatura światowa weszła na teatralną arenę panońskiej prowincji. Przemówiła po węgiersku, ale z serbskimi napisami!

*Tekst został opublikowany w czasopiśmie EleWator 2/2018

Po co do tego wracać? O książce Miljenka Jergovicia "Sarajewskie Marlboro"* # Dominika Kaniecka

 

 

Zbiór opowiadań Sarajewskie Marlboro to debiut prozatorski Miljenka Jergovicia wydany po raz pierwszy w Zagrzebiu 1994 roku. Przed tym zbiorem Jergović opublikował trzy tomiki poetyckie, po nim ukazało się jeszcze pięć zbiorów opowiadań nowych i cztery wybory (spośród już publikowanych); pisarz wydał też piętnaście większych utworów prozatorskich (powieści i minipowieści), jedenaście książek o charakterze eseistyczno-publicystycznym (eseje, komentarze, szkice), kolejne poezje i dramat. Wszystko co napisał po 1994 roku zarówno krytyków literackich, jak i czytelników utwierdzało w przekonaniu, że pierwszy zbiór opowiadań nieprzypadkowo przyniósł autorowi uznanie i międzynarodową rozpoznawalność. Sarajewskie Marlboro to przykład tekstu, który prezentuje talent i pełen wachlarz możliwości warsztatowych autora już na początku jego drogi pisarskiej. To dzieło dojrzałe i kompletne, które nie chowa się w cieniu późniejszych, popularnych i cenionych tytułów Jergovicia. Zbiór doczekał się tłumaczenia na 14 języków (w niektórych nawet powtórnych wydań); przekłady na język angielski, niemiecki, hiszpański i włoski ukazały się jeszcze w latach dziewięćdziesiątych. W Polsce, mimo dużego zainteresowania twórczością tego chorwacko-bośniackiego pisarza (potwierdzonego choćby miejscem w ścisłym finale Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus w 2009 roku i nagrodą w roku 2012), Sarajewskie Marlboro jako wydawnictwo zwarte nie doczekało się do tej pory swojego polskiego wydania (zaledwie dziewięć z dwudziestu dziewięciu opowiadań w rozproszonej formie w różnych tłumaczeniach). Dotychczasowy brak tego tytułu na polskim rynku wydawniczym jawi się jako swoisty paradoks, rażące niedopatrzenie, które wymagało natychmiastowej interwencji.

Dlaczego dziś debiutancki zbiór opowiadań Miljenka Jergovicia jest ważnym tekstem dla polskiego czytelnika? Wskazać można co najmniej trzy powody. Po pierwsze Miljenko Jergović ma już w Polsce wierną publiczność czytelniczą. Dzięki znakomitej pracy tłumaczki, Magdaleny Petryńskiej (odpowiedzialnej za dziewięć spośród dziesięciu polskich tłumaczeń), którą w wywiadach pisarz zwykle przedstawia jako współautorkę swoich tekstów na naszym rynku, mówić możemy o rozpoznawalnym stylu „polskiego Jergovicia” (dopełnionym przekładami Miłosza Waligórskiego). Zaczytani w powieściach i późniejszych opowiadaniach czytelnicy niecierpliwie wypatrują nowych tytułów; publikacja prozatorskiego debiutu tego, również u nas ważnego, autora będzie dużym wydarzeniem dla polskich miłośników literatury.

Drugim powodem jest temat, który w żaden sposób nie stracił na aktualności. Sarajewskie Marlboro stanowią literacki wgląd w atmosferę ogarniętej wojną Bośni i Hercegowiny. W latach dziewięćdziesiątych wojna ta, a właściwie wstrząsające i niejasne jej fragmenty, gościły w medialnych przekazach, na łamach prasy i na ekranach telewizorów mieszkańców całego świata. Przez jakiś czas, jak to z wojnami bywa. Po co do tego wracać po dwudziestu kilku latach? Otóż zapisana na stronach zbioru (sarajewskiego niegdyś) pisarza refleksja nad tamtą wojną jest ponadczasowa i niesie ze sobą uniwersalne przesłanie dotyczące kondycji człowieka, który pojedynczo bezsilny jest wobec mechanizmów rozgrywającej się na jego oczach historii, który w niecodziennych okolicznościach stawiać musi czoła także tym zwykłym, codziennym wyzwaniom. To również bezcenna i nadal aktualna opowieść o specyfice dotkniętego konfliktem terenu; książka o niełatwej do zrozumienia Bośni i Hercegowinie, w której – choć dawno temu zakończono działania militarne (w wyniku interwencji sił zewnętrznych) – nadal nie udało się rozwiązać wielu kluczowych dla konfliktu problemów.

Powód trzeci, w moim przekonaniu najważniejszy, brzmi następująco: zbiór opowiadań Sarajewskie Marlboro to doskonały tekst. Miljenko Jergović świetnie odnajduje się w formule krótkiego opowiadania.

Do dwudziestu siedmiu historii przedstawionych w zasadniczej części zbioru (zatytułowanej Rekonstrukcja zdarzeń) wprowadza nas opowiadanie Wycieczka (zapowiedziane w porządku tekstu jako Najważniejszy szczegół z biografii), domyka je natomiast Biblioteka (swoista odpowiedź na pytanie zapisane w tytule ostatniej części książki Who will be the witness). W narracji Jergovicia wielka historia opowiadana jest z perspektywy obserwatora pojedynczych zdarzeń, uważnego słuchacza o nich bądź też samodzielnie doświadczającego tychże. Wojna przefiltrowana została przez wrażliwość narratora i wykreowanych w toku narracji postaci, przez ich umiejętność odnalezienia się (bądź jej brak) w okolicznościach, które dotknęły cały kraj, a w szczególności Sarajewo.

Jergović jest mistrzem szczegółu. Dowody na to znajdujemy już w pierwszym tekście zbioru, choć przewrotnie, w toku swojej opowieści, jego narrator wyraźnie zaleca, by w życiu szczegółów się wystrzegać. Wokół szczegółu właśnie sprawnie konstruowane są postaci, szczegół niejednokrotnie wpływa na dynamikę wydarzeń i potrafi zaskakująco zdeterminować zakończenie historii. Dla przykładu wymienię choćby znaczące dla charakterystyki bohatera róże (w opowiadaniu Pan Ivo), istotne w porządkowaniu trudnych relacji międzyludzkich jabłka (Kradzież), wyznaczającą granice nowych tożsamości brodę (Broda), czy ułatwiające mierzenie się z nieznośną rzeczywistością nasiona warzyw i papierosy (Ogrodnik). Czasem detal mimochodem dorzucony do podsumowania, mógłby otworzyć zupełnie nową historię, gdyby nie ostrożność i uważne podejście narratora do szczegółów.

Jergoviciowi udaje się skonstruować wielowymiarowe postaci, mimo zwięzłości formy, a może właśnie dzięki niej. Na pierwszy rzut oka niewiele wiemy o bohaterach opowiadań, ale w toku narracji autor gra również tym, co niedopowiedziane. Odbiorca zostaje ostatecznie wyposażony we wszystko, co jest mu niezbędne do zrozumienia danej postaci, jej, reakcji i warunkującej postępowanie motywacji.

Lektura zbioru opowiadań Miljenka Jergovicia to niezwykle pouczające doświadczenie w wymiarze kulturowym i ogólnoludzkim. W sposób nieunikniony prowokuje pytania o granice między rzeczywistością i fikcją, dobrem i złem, prawdą i kłamstwem, miłością i nienawiścią. Książka prezentuje galerię postaci konfrontowanych z konkretną stratą (bliskich osób, cennych przedmiotów, marzeń, własnej godności), portretuje ludzi, doświadczających pojedynczych losów, ale przedstawia też przeżywany kolektywnie rozpad wspólnego niegdyś świata, którego niemymi świadkami są płonące biblioteki. Człowiekiem wszędzie targają podobne namiętności, w ich rozumieniu jednak ważne są szczegóły i okoliczności, bo choć wartości są takie same, zmieniają się dekoracje. Dla polskiego czytelnika lektura Sarajewskiego Marlbora będzie więc też uwrażliwiającą na specyfikę obszaru kulturowego wyprawą na Bałkany, w której rolę doświadczonego przewodnika pełni narrator. Nasuwająca się analogia z lekturą tekstów Iva Andricia nie jest przypadkowa, w zbiorze odnajdujemy podobieństwa i ślady inspiracji gestami literackimi noblisty (m. in. List).

Opowiadania Miljenka Jergovicia stanową przykład bardzo dobrej literatury europejskiej. O jakości i atrakcyjności literatury, podobnie jak w przypadku tytułowej marki papierosów, przesądzają zwykle jej lokalne składniki. Polski czytelnik nie musi się więcej opierać wyłącznie na opinii ekspertów, dzięki przekładowi przygotowanemu przez Magdalenę Petryńską (oraz Miłosza Waligórskiego i Macieja Czerwińskiego), będzie mógł w końcu samodzielnie „spróbować” i przekonać się, jak bardzo omawianego tu tekstu brakowało na naszym rynku wydawniczym.


*Tekst pierwotnie przygotowany został jako recenzja wydawnicza zbioru Miljenka Jergovicia, Sarajewskie Marlboro, tłum. M. Petryńska oraz M. Waligórski, M. Czerwiński, Wydawnictwo Akademickie SEDNO, Warszawa 2020.